No w końcu powiało chłodem. W sumie nie przeszkadza to w codziennych przejażdzkach. Ochraniacze na buty, rękawiczki i można śmiało poginać. Jedyną niebezpieczną rzeczą są oblodzone odcinki - nie ma na nie rady. Trzeba super ostrożnie jechać ale i to nie zawsze pomaga.
Wiadomo, że chrześcijanin ma oprócz mszy szereg dostępnych wspomagaczy wiary - jak prywatne modlitwy, czytanie Pisma św itd.
Dla cyklisty wymyślono trenażer. Taki odpowiednik różańca. Dość monotonne ale budujące. Funkcje Ojcze nasz i Chwała Ojcu.. mogą stanowić sprinty. Zdrowaśki to żmudne pedałowanie. Genialne i proste urządzenie. Możesz na własnym rowerze poginać w domu. Zakładasz tylko rower na specjalną ramę z rolką dającą opór i dajesz ostro przed siebie. Gdy aura za oknem nie nastraja do przemierzania szosy pedałujesz w domu. Ja zaraz to zrobię i popedałuję sobie w rytm ostrej muzy w pokoju patrząc na świat przez okno. Czy to pomaga, o blaskach i cieniach tego urządzenia następnym razem.
piątek, 14 maja 2010
Średniowieczne wycieczki.
Uwielbiam średniowiecze z jego budowlami, zwyczajami i umiejętnością połączenia ze sobą świata duchowego z doczesnym. Wiadomo, że wiele rzeczy jest przejaskrawianych ale mamy to do siebie, że lubimy wybielać przeszłość. Jak wchodzę do średniowiecznego kościoła uderza mnie jego harmonia, Nie ma tam miejsca na byle jakośc jak w przypadku współczesnych świątyń. Wszystko jest poukładane wewnątrz jak i na zewnątrz. Doświadczasz tam rzeczywistej obecności Boga co we współczesnych budowlach sakralnych często graniczy z cudem.
Podobnie jest z moim rowerem. Jest to prosty model trekkingowy scotta. Wybór marki związany był z kolorem ale teraz doceniam siłę doświadczenia producenta tego roweru.
Rama jest idealna i dopracowana w każdym szczególe. Podobnie jak średniowieczna świątynia przechodzi on wiele zmian jednak rama pozostaje ta sama. Wymieniłem koła, przerzutki, siodło, dołożyłem drugi koszyk na bidon, zmieniłem pedały. Ale kościec roweru, jego podstawa jest niezmieniona a to ona decyduje o jego charakterze. Zupełnie jak w świątyni, która w ciągu wieków przechodzi wiele modyfikacji ale poprzez zachowanie podstawowej struktury zachowuje swoją tożsamość. Siadając na niego, wpinając się w pedały i rozpędzając go na szosie doświadczam przyjemności z jazdy. Czuję, że ja i rower scalamy się w jednym celu - doświadczenia szosy. Modląc się w średniowiecznej świątyni odczuwam, że ona wraz ze mną wznosi me westchnienia ku Bogu, że w tych chwilach zadumy staję się tą brakującą cegłą w świątyni.
Tak samo na rowerze każdy ruch korbą, każdy przejechany kilometr jednoczy mnie z rowerem i szosą - to jak modlitwa na różańcu, gdzie powtarzanie zdrowasiek unosi Cię ku górze
.Wiem, że dla niektórych ta analogia jest bluźnierstwem, ale ja tak to widzę. Na tym polega różnica pomiędzy kimś pedałującym bo trzeba coś robić czy gdzieś dojechać a kimś kto wsiada na rower bo to jest jego pasja i sposób na życie.
Podobnie jest z moim rowerem. Jest to prosty model trekkingowy scotta. Wybór marki związany był z kolorem ale teraz doceniam siłę doświadczenia producenta tego roweru.
Rama jest idealna i dopracowana w każdym szczególe. Podobnie jak średniowieczna świątynia przechodzi on wiele zmian jednak rama pozostaje ta sama. Wymieniłem koła, przerzutki, siodło, dołożyłem drugi koszyk na bidon, zmieniłem pedały. Ale kościec roweru, jego podstawa jest niezmieniona a to ona decyduje o jego charakterze. Zupełnie jak w świątyni, która w ciągu wieków przechodzi wiele modyfikacji ale poprzez zachowanie podstawowej struktury zachowuje swoją tożsamość. Siadając na niego, wpinając się w pedały i rozpędzając go na szosie doświadczam przyjemności z jazdy. Czuję, że ja i rower scalamy się w jednym celu - doświadczenia szosy. Modląc się w średniowiecznej świątyni odczuwam, że ona wraz ze mną wznosi me westchnienia ku Bogu, że w tych chwilach zadumy staję się tą brakującą cegłą w świątyni.
Tak samo na rowerze każdy ruch korbą, każdy przejechany kilometr jednoczy mnie z rowerem i szosą - to jak modlitwa na różańcu, gdzie powtarzanie zdrowasiek unosi Cię ku górze
.Wiem, że dla niektórych ta analogia jest bluźnierstwem, ale ja tak to widzę. Na tym polega różnica pomiędzy kimś pedałującym bo trzeba coś robić czy gdzieś dojechać a kimś kto wsiada na rower bo to jest jego pasja i sposób na życie.
Listopadowa zaduma
Listopad sprzyja zadumie także na szosie. Przejeżdżając przez polskie drogi często mijam przydrożne kapliczki, figurki świętych ale i krzyże oznaczające miejsce czyjejś śmierci. Zawsze w takiej chwili wzdycham sobie do Boga w krótkiej modlitwie za tego nieszczęśliwie zmarłego. Może ta moja modlitwa połączona z pewnym umartwieniem ciała okaże się pomocna dla owego delikwenta. Może okaże się ona pomocną w jego dążeniu do nieba. Na pewno mu nie zaszkodzi a ja zyskuję tam na górze przyjaciela, który będzie mnie wspierał potem swoimi modlitwami. Rower w służbie duszom w czyśćcu cierpiącym. Jeżeli jeździsz jak wariat po polskich drogach i gdzieś tam zatrzymasz się na jakimś drzewie, to jeżeli ja będę tam przejeżdżał zmówię za Twoją duszę modlitwę.
ascetyczny wymiar pedałowania
Wolność cyklisty jest bardzo podobna do wolności chrześcijanina. Aby poczuć rzeczywiste oderwanie od ziemi i choć na chwilę zatracić się w jeździe trzeba narzucić sobie pewne ograniczenia. Pomaga w tym bez wątpienia kroczenie drogą wiary. Wszak wspaniałą cechą, której uczy nas kościół jest umiarkowanie. Zatracenie się bez końca w ziemskich rzeczach nie prowadzi do niczego pozytywne. Gdy będziesz żarł jak świnia to będziesz wyglądał jak świnia. Jak będziesz chlał na umór to będziesz wyglądał i śmierdział jak szmata. Będziesz spoglądał w lustro i będziesz się zastanawiał jak do tego doprowadziłeś. A potem aby uśmierzyć ból psychiczny będziesz żarł czy pil, i się usprawiedliwiał, że to nie Twoja wina, ale innych. Jazda po szosie włącza we mnie potrzebę umiarkowania. Jak przekroczę pewną wagę to mam problem z podjechaniem pod górkę, utrzymaniem wysokiej kadencji i pokonaniem wyznaczonej trasy w określonym czasie. Zaszczepione przez rodziców ziarno wiary procentuje teraz w tak prozaicznej codziennej rzeczy jak jazda na rowerze. Potrzeba było prawie 30 lat żebym docenił tak mało podkreślaną cnotę - umiarkowania.
Wolność pedałowania
Po cholerę męczę się prawie każdego dnia wsiadając na rower i pedałuję do pracy? Czy jest +30 czy - 20 kręcę korbą do pracy a potem w przeciwnym kierunku robię to samo po kilkunastu godzinach. Czy nie lepiej wsiąść w samochód lub komunikację miejską i bez większego wysiłku dojechać na miejsce? Uważam, że nie. Nic tak nie pozwala doświadczyć wolności jak ta godzina dziennie na szosie. Walka z samym sobą aby te kilometry pokonać w dobrym czasie. Walka z kierowcami o przetrwanie w mieście. Walka z Bogiem w czasie jazdy gdzie mamy czas na przemyślenia naszych relacji z Nim. Kupując rower dostałem w pakiecie wolność, którą zrozumie tylko ktoś, dla kogo rower stał się pasją i sposobem na życie.
Codzienna praca nad sobą
Aby pielęgnować swą pasję rowerową trzeba pracować nad nią jak nad rozwojem życia duchowego.
Na początku fascynacji jazdą wystarcza ci samo kręcenie. Nieważne, że jeździsz ze śmieszną średnią, ubierasz się nieodpowiednio, czy rower ci skrzypi. Frajda z przemierzania krajowych szos jest wystarczającym afrodyzjakiem.
Ale zupełnie jak w życiu duchowym po okresie zauroczenia wiarą następuje szara rzeczywistość- stagnacja. Twoje życie duchowe potrzebuje nowych bodźców, pożywki do rozwoju. Już nie wystarcza krótki paciorek i dobry uczynek. Zaczynasz zgłębiać literaturę duchową, częściej uczęszczasz do sakramentów i w ten sposób budujesz więź z Bogiem.
Z jazdą jest tak samo. Zaczynasz kombinować co zrobić aby jeździć efektywniej, wygodniej i na cicho pracującym sprzęcie. Stawiasz sobie jakiś cel i dążysz aby go zrealizować.
W życiu duchowym pomocny jest różaniec, sakramenty, Pismo św, literatura duchowa. Jedni modlą się więcej na różańcu inni codziennie uczęszczają do kościoła. Każdy szuka rzeczy, która bardziej przybliży go do nieba, która będzie mu bardziej pomocna w codziennej walce ze złem.
W jeździe na rowerze jest zupełnie tak samo- tylko instrumenty i cele są inne. Dla wierzącego celem jest niebo, dla cyklisty przejechanie iluś kilometrów, osiągnięcie konkretnych wyników itp, itd. I tu życie oferuje mu szereg rozwiązań jak licznik z tysiącem funkcji, pulsometr, trenażer, rower szosowy czy góral. Oferta jest tak szeroka, że zupełnie jak w chrześcijaństwie człowiek zawsze znajdzie coś dla siebie. Co ja znalazłem i co pomaga mi w codziennej jeździe opiszę w kolejnych odsłonach pamiętnika katolika- cyklisty.
Na początku fascynacji jazdą wystarcza ci samo kręcenie. Nieważne, że jeździsz ze śmieszną średnią, ubierasz się nieodpowiednio, czy rower ci skrzypi. Frajda z przemierzania krajowych szos jest wystarczającym afrodyzjakiem.
Ale zupełnie jak w życiu duchowym po okresie zauroczenia wiarą następuje szara rzeczywistość- stagnacja. Twoje życie duchowe potrzebuje nowych bodźców, pożywki do rozwoju. Już nie wystarcza krótki paciorek i dobry uczynek. Zaczynasz zgłębiać literaturę duchową, częściej uczęszczasz do sakramentów i w ten sposób budujesz więź z Bogiem.
Z jazdą jest tak samo. Zaczynasz kombinować co zrobić aby jeździć efektywniej, wygodniej i na cicho pracującym sprzęcie. Stawiasz sobie jakiś cel i dążysz aby go zrealizować.
W życiu duchowym pomocny jest różaniec, sakramenty, Pismo św, literatura duchowa. Jedni modlą się więcej na różańcu inni codziennie uczęszczają do kościoła. Każdy szuka rzeczy, która bardziej przybliży go do nieba, która będzie mu bardziej pomocna w codziennej walce ze złem.
W jeździe na rowerze jest zupełnie tak samo- tylko instrumenty i cele są inne. Dla wierzącego celem jest niebo, dla cyklisty przejechanie iluś kilometrów, osiągnięcie konkretnych wyników itp, itd. I tu życie oferuje mu szereg rozwiązań jak licznik z tysiącem funkcji, pulsometr, trenażer, rower szosowy czy góral. Oferta jest tak szeroka, że zupełnie jak w chrześcijaństwie człowiek zawsze znajdzie coś dla siebie. Co ja znalazłem i co pomaga mi w codziennej jeździe opiszę w kolejnych odsłonach pamiętnika katolika- cyklisty.
Subskrybuj:
Posty (Atom)