sobota, 29 maja 2010

Sylwester Szmyd

Od roku nosze się z zamiarem napisania krótkiej notki o tym Panu. Dzieci śpią i jest chwila aby to uczynić.
Nie będę przytaczał w jakich drużynach jeździł, skąd pochodzi, co lubi. To sobie można wyczytać na jego blogu, w gazetach.
Nawiązując do tematyki bloga uderzę w inny ton.
Jan Paweł II przypominał, że świat potrzebuje zwyczajnych świętych. Nie żadnych wielkich autorytetów ale ludzi poświęcających się swoim obowiązkom rodzinnym czy zawodowym w stu procentach. Takich, którzy po cichu budują ziemskie christianitas, którzy zdając sobie sprawę z własnych słabości potrafią jednak dokonywać rzeczy wielkich - dawać przykład cichym zwyczajnym życiem.
Właśnie tak widzę Sylwestra Szmyda w kolarskim świecie. Wykonując solidnie swoją pracę gregario, czyli pomocnika najlepszych w drużynie potrafi zmienić losy wyścigu. Od niego w dużej mierze zależy jak lider zaprezentuje się na mecie i czy zbierze laur zwycięstwa. O pracy Sylwestra będzie pamiętać garstka pasjonatów. Nie będą podawać, że Basso wygrał dzięki pracy Sylwestra Szmyda, jednak to w znacznej mierze po cichu on zbudował to zwycięstwo.
U Sylwestra Szmyda uderza też fakt, ze zdaje sobie on sprawę że nie jest stworzony do bycia liderem bo jak twierdzi nie ma w nim aż tyle talentu, ale jest stworzony do bycia pomocnikiem. I to najlepszym pomocnikiem.
Właściwy człowiek na właściwym miejscu.
Trzymam kciuki za Pana dalsze pomykanie po szosie!!!!!!!

poniedziałek, 24 maja 2010

majowe oczyszczenie

Lepiej późno niż później. W końcu udało się wyrwać na dłuższą wycieczkę rowerową. A wszystko za sprawą Mamy, która będzie obchodzić 60 lat życia i wyprawiała w niedzielę imprezę. Oczywiście Mamo kolejnych wielu lat i zawsze takiej samej pociechy z ulubionego syna( tamci tak Cię nie kochają).
Do domu rodzinnego mam blisko 150 km więc postanowiłem ten dystans jak czyniłem to przynajmniej raz w roku, pokonać rowerem.
Początek okazał się masakryczny. Mgła i wilgoć szybko dały się we znaki odbierając przyjemność z jazdy. Próby zatrzymania się na poboczu skutecznie uniemożliwiały chmary meszek. Po 70 km zastanawiałem się co mi właściwie odbiło żeby wybrać się rowerem. Ale wjazd do Wągrowca okazał się przełomowym momentem. Wyszło słońce i organizm wskoczył na wysokie obroty. Złapałem właściwy rytm i pomykałem z radością po szosie. Nastąpiło oczyszczenie. Wszelkie problemy w tamtej chwili straciły na znaczeniu. Byłem tylko ja i szosa. Gdzieś tam unosił się Duch św. przenikając wszystko w dniu pamiątki jego zesłania.
Oczywiście rower został już odstawiony w garażu, problemy wróciły próbując przyćmić te chwile wolności i radości. Jednak gdzieś wewnątrz tli się Duch i pomaga przetrwać przeciwności i oczekiwać na kolejną dawkę czarnej szosy.
Na koniec pozdrawiam Krzyżyków. Wczoraj koło 21 narodził się im syn Marek. Cztery kilo zdrowego chłopaka. Urodzony w świętej rodzinie, świętego dnia - będzie świętym

czwartek, 20 maja 2010

Święci grzesznicy

Floyd Landis, amerykański kolarz, który stracił zwycięstwo w Tour de France po pozytywnym teście antydopingowym, przyznał się do systematycznego stosowania niedozwolonych substancji o to samo oskarżając Lance'a Armstronga, doniósł "Wall Street Journal".
Taki oto news dzisiaj przeczytałem, usłyszałem i.. I nic.
Ktoś, kto chociaż trochę interesuje się kolarstwem wie, że duża część peletonu bierze doping. To jest sport zawodowy gdzie nie ma miejsca na słabości i kiepskie wyniki.
Lance jest ikoną a ikon się nie rusza. Nikomu nie będzie na rękę jakiekolwiek babranie w przeszłości Bossa. Jest on bohaterem dla osób walczących z rakiem, człowiekiem przynoszącym kolarstwu i sponsorom góry pieniędzy oraz dobrym zaczynem na polityka.
Zresztą prawo nie działa wstecz - wszystkie kontrole antydopingowe przeszedł bez wpadek więc nie można mu nic zarzucić.
Ciekawe jednak jest jedno. Wszyscy więksi przeciwnicy jak i towarzysze zespołowi Lanca wpadli na dopingu. Albo jest sprytniejszy albo jest terminatorem w ludzkiej skórze. Bóg wie - mnie nic do tego.
Wszystkim zainteresowanym polecam książkę ( krąży w pdf-ie), którą napisał Voet Villy pt. Przerwany łańcuch, która opisuje pierwszą wielką aferę dopingową w kolarstwie.
To tak na gorąco w przerwie reklamowej w czasie oglądania wyścigu kolarskiego dookoła Kalifornii.
Do tematu wrócę za czas jakiś.

środa, 19 maja 2010

siodło jak klęcznik

Nie ma co się oszukiwać że pośladki u cyklisty narażone są na spore niewygody. Nie ma kłopotu przy krótkiej jeździe jednak na dłuższych dystansach warto zadbać aby tyłek zbyt bardzo nie odczuwał skutków jazdy.
Osobiście używam wąskiego i w miarę twardego siodła. Po pierwsze uda nie obcierają się o boki siodła a po drugie siedzenie nie zapada się w miękkie siodło. Oczywiście nie da się wyeliminować pewnego bólu pośladków ale takie siodło naprawdę minimalizuje skutki zbyt długiego siedzenia.
Podobnie jest z ławkami w kościele. Te niby mające ułatwić życie poduszeczki na klęcznikach zawsze przy dłuższym klęczeniu powodowały, że nie mogłem się skupić na modlitwie. Po 5 minutach kolana wołały abym się podniósł i dał im odpocząć. Na mszy nie ma problemu bo klęczy się tylko parę minut jednak przy adoracjach już problem jest istotny.
Poniżej mój rowerowy klęcznik firmy Selle Italia model -Shiver Troy Lee Designs. Urzekło mnie wyglądem i w miarę niewysoka ceną. Dodatkowo do jazdy na nim zachęcił mnie Ojciec, który wspaniałomyślnie dał mi je w prezencie. Opłaca się mieć dzieci - zmiękczają dziadków;)

wtorek, 18 maja 2010

Nowy sezon - nowe miejsce

Z żalem rozstałem się z dawną lokalizacją ale czasem trzeba podjąć trudne decyzje.
Zaniedbanie bloga wynikało głównie z przemęczenia i wypalenia. "Sukces" w półmaratonie i rewelacyjna forma na rowerze trochę mnie rozleniwiły. Ostatni miesiąc trochę się zaniedbałem co odczułem po 3 tygodniach niebiegania. Czułem się jakbym pierwszy raz wychodził potruchtać.
Ale myślę, że będzie lepiej bo pewna urocza osóbka postanowiła mi pomóc w osiągnięciu dobrego wyniku na półmaratonie w Pile i podarowała półprofesjonalne urządzenie treningowe Garmina 305.
Wczoraj biegając uświadomiłem sobie, że życie z dwójką dzieci przeżywam intensywniej niż jak byliśmy tylko we dwójkę z żoną. Nie mam zbytnio czasu na żadne pierdoły. Zaczynając dzień o 20, jak dzieci pójdą spać staramy się te parę godzin naprawdę wykorzystać efektywnie. Znajduję czas na bieganie, czytanie, obejrzenie kolarstwa ( polecam blog Sylwestra Szmydta - najlepszy Polak w peletonie i wkrótce poświęcę mu jedna notkę, z czym noszę się od roku).
I gdzieś tam tylko człowiek uświadamia sobie ile czasu zmarnował, ile ewangelicznych talentów nie rozmnożył tylko zakopał.
Pozostaje tylko ufność w Miłosierdzie Boże.
Pewnie pewnie także intensywniej na blogu. Może czasem mniej poważnie, mniej patetycznie, mniej duchowo.
Będę bardziej ja.

poniedziałek, 17 maja 2010

Ojcowska duma. Sobotnie rowerowe szaleństwo.


W sobotę poczułem się jak wielki mistrz masoński, gdy przygotowywałem rower, a potem ubierałem córkę ,na pierwszą wspólną rowerową przejażdżkę.

Do tej pory rower był moją odskocznią od rzeczywistości, rodziny, problemów. Nagle za sprawą krzesełka zamocowanego z tyłu stał się wartością wspólną – rodzinną. Córka w sobotnie popołudnie przeżyła rowerowe wtajemniczenie. Krótkie, trochę szokujące, ale chyba jej się podobało. O tym przekonam się gdy następnym razem zaproponuję jej trochę dłuższą wycieczkę.

W sumie można to nazwać rowerowym chrztem. Jej pierwsza jazda na rowerze, na dwóch kółkach. Tak jak weszła w świat Boga przy chrzcie, tak też poprzez rodziców poznaje rowerowe szaleństwo.

Na razie w kościele interesują ją „bam bam” – czyli dzwony. Idąc do kościoła idziemy zobaczyć dzwony oraz czasem „kra kra”- w kaplicy jest Duch św. pod postacią gołębicy. Dla córki wszystkie ptaki robią „ kra”.

W rowerowym slangu córki na razie tylko kask ma nazwę – czapa.

Słownik w obu rzeczywistościach – rowerowej i koscielnej- może mało ortodoksyjny, ale na wszystko przyjdzie pora.

Na razie zakładamy czapę i jedziemy zobaczyć bam bam;)

Męcz się ty świnio- 8 lat po ślubie

Obowiązki rodzinne nie pozwalały ostatnio na aktywność blogową, ale w końcu udało się znaleźć trochę czasu, aby coś napisać. Niedziela była zwieńczeniem sezonu biegowego. Wziąłem udział w 3 pólmaratonie poznańskim i nawet udało mi się go ukończyć. Trochę gdzieś zabrakło na końcowych kilometrach determinacji i czas końcowy wyniósł 1:44:53.

Niby nie jest źle, ale mogło być lepiej. Gdzieś na 15 kilometrze, gdy kolano i dawna kontuzja kostki zaczęły ostro o sobie przypominać w głowie powtarzałem sobie, co pewien czas tylko jedno- "Męcz się ty świnio". Te słowa wypowiedział na jednym z etapów Tour de France teamowy kolega Jana Ullricha gdy ten miał kryzys i dało mu to kopa potrzebnego do sukcesu, jakim było wygranie tego wyścigu. Mnie przypomnienie tego epizodu pomogło ukończyć półmaraton z przyzwoitym czasie.

Dodatkowym bodźcem było ofiarowanie wysiłku w intencji 1, 8 rocznego Jędruli, u którego zdiagnozowano białaczkę. Pozdrawiam jego dzielnych rodziców i zapewniam o ciągłej modlitwie.

Pozdrawiam tutaj sąsiada Marka i Tomka Majewskiego( spotkanie po 12 latach) za zagrzewanie do biegu i pometowe konwersacje. Poniżej ja na trasie ( bajkerowa czapeczka grupy kolarskiej csc)

A dzisiaj minęło 8 lat od dnia ofiarowania życia najwspanialszej kobiecie, jaką znam ,i która jest matką Kingi i Grzecha- owoców naszej miłości. Mam nadzieję, że ten miłosny maraton będzie jeszcze długo trwał i mimo trudnych chwil dostarczał nam nadal sensu istnienia. Żono – najszczersze podziękowania za wytrzymanie ze mną tyylu lat.

Wszystkim czytającym bloga życzę pełnych wiary świąt i zapewniam o mojej modlitwie za Was.

aaaa. Jeźdzących samochodem proszę o ostrożność na szosie – może rowerzysta którego mijacie to quis ut deus- zachowajcie ostrożność;)